KORN Untouchables 2LP
Korn niegdyś był jednym z moich ukochanych bandów. Poznałem ich muzykę za sprawą „Falling Away From Me”. Nasze spotkanie odbyło się w trakcie przypadkowego oglądania listy przebojów telewizji Viva. Ich brzmienie, wygląd, klimat klipu – zrobiły na mnie niesamowite wrażenie. Od tego momentu myślałem tylko o tym kawałku i nie pozwalałem nikomu zmieniać kanału, bo być może zaraz znów poleci Korn!
Z uwagi na to, że był to okres premiery „Issues”, telewizje często emitowały zarówno starsze klipy Korna, jak i koncerty z Niemiec, co tylko jeszcze bardziej potęgowało moje szaleństwo. Szybko wyprosiłem u mamy koszulkę z „misiem”, którą wypatrzyłem na pobliskim ryneczku i dumnie chodziłem w niej po osiedlu. Nie spotkało się to z aprobatą starszych kolegów-metalowców, którzy mówili, że przecież to nie metal, że popelina i inne pierdoły, które pewnie powtarzają do dziś. Ja jednak miałem to gdzieś. Korn grał zajebistą muzę, a to, że pewne kuce dostawały wypieków i palpitacji serca na widok tej nazwy, to nie mój problem.
Później na święta dostałem dwie kasety – „Life Is Peachy” oraz oczywiście „Issues”. W tym momencie byłem już pełnoprawnym fanem! Zbieranie plakatów, kalendarzy, wycinków z gazet wiązało się również z oczekiwaniem na kolejny album. „Untouchables” dorwałem kilka dni po premierze na stoisku muzycznym w Auchanie. Czytałem już wcześniej, że zbyt łagodne brzmienie, że przekombinowali, no i oczywiście – wyciek albumu sporo przed premierą i tego typu rzeczy. Jednak po wrzuceniu kasetki do walkmana uznałem wszystkie te recki za banał. Siadło mi to potężnie.
Czy pomimo upływu 23 lat nadal uważam, że jest to udany album? Jak najbardziej! Ogólnie wszystko to, co Korn nagrał do 2003, czyli do albumu „Take A Look in the Mirror”, uwielbiam. Później rozpoczęło się odcinanie kuponów, roszady w zespole i sporo niepotrzebnych płyt. Jeśli ktoś uważa, że „Untouchables” jest słabym albumem i nie brzmi jak Korn, to niech sobie odpali takie potworki jak chociażby „The Path of Totality”. Od powrotu Heada jest lepiej, ale mimo wszystko największy sentyment mam do płyt ze wspomnianego okresu.
Na „Untouchables” panowie faktycznie pobawili się klimatem, brzmieniem i dorzucili sporo melodii oraz przestrzeni. Faktycznie – zgadzam się z tym, że na żywo mieli problem z odtworzeniem tych numerów, ale ogólnie efekt studyjny był bardzo dobry. Jak dla mnie wszystko to było bardziej odświeżeniem stylu, a nie pójściem na kompromisy. Jeśli ktoś, słuchając np. „Bottled Up Inside”, serio uważa, że to nie brzmi jak Korn, że stracili tutaj swój ciężar – to nie mam pytań. Jest w tym ten chory klimat, niepokój i brzmienie gitar, za które fani pokochali ten band.
Natomiast otwierający wszystko, klasyczny już „Here to Stay” i „Make Believe” to Korn w pigułce. Najwięcej zarzutów wobec tego krążka dotyczyło wspomnianej sterylnej produkcji oraz zbyt dużej ilości melodii. W tym momencie wyginam się w stylu Kermita… No ja pier... Naprawdę, to jest niesamowite. Kapela metalowa wrzuca melodie, wykorzystuje studyjne nowinki – to źle i plastik. Puścisz jednemu z drugim np. Full of Hell – krzywią się, że to łomot i brakuje melodyki. Serio – fanom muzyki metalowej naprawdę nie da się dogodzić. Zawsze jest źle i zawsze są pretensje o wyssane z palca problemy!
Uważam, że brzmienie tego albumu jest potężne i klarowne, a nie sterylne – to raz. Dwa – czy gdyby Korn nagrywał bez przerwy swój debiut albo „dwójkę” i stanął w miejscu, to byłoby OK? Wszystkie numery, przy których fani się zapluli, uważam za zajebiste kawałki. „Blame”, „Alone I Break”, czy balladowy „Hollow Life” to w pewnym sensie poszukiwanie nowego brzmienia. Korn ruszył tu w bardziej alternatywne rejony i dodał coś nowego do swoich sprawdzonych patentów.
Korn nigdy nie bał się eksperymentów – co prawda nie zawsze im to wychodziło na późniejszych płytach, ale tutaj jest bardzo dobrze. Od strony tekstowej – Davis jak zwykle serwuje mrok, a wspomniane eksperymenty jeszcze bardziej go uwypuklają. Odpalcie sobie chociażby wieńczący wszystko w genialny sposób „No One’s There”. Genialny track, a sam Jonathan brzmi tu fenomenalnie. Pokazuje w tym numerze, jak wielkie możliwości tkwią w jego głosie, a zespół udowadnia kolejny raz swoją wielkość. „Untouchables” to jeden z Kornowych klasyków i tyle! Lubię ten album i zdania nie zmienię.
Tracklista:
LP1
Side A
1. Here to Stay
2. Make Believe
3. Blame
4. Hollow Life
Side B
1. Bottled up Inside
2. Thoughtless
3. Hating
LP2
Side A
1. One More Time
2. Alone I Break
3. Embrace
4. Beat It Upright
Side B
1. Wake Up Hate
2. I'm Hiding
3. No One's There