Mrok, romantyzm i syntezatory

No i kolejny z zespołów mojego życia! 🌹
Depeche Mode to jedna z tych kapel, która jest ze mną chyba od zawsze. O ile w przypadkach innych bandów jakoś pamiętam, kiedy i gdzie pierwszy raz usłyszałem ich muzę, to z Depeszami... nie mam pojęcia. Jednak gdyby ktoś już kazał mi absolutnie wskazać numer, który mógł być pierwszy, to chyba byłoby to „I Feel You”. Mrok tego numeru, ale też taki niepokojący romantyzm, absolutnie wbił się w moją świadomość i pomimo jednorazowego odsłuchu cały czas chodziłem i pod nosem mruczałem „I Feeeel Youuuuu”.
Czy był to moment przełomowy? Chyba nie, ale już w moją głowę wrył się ten niepowtarzalny klimat i cały czas myślałem o tej piosence. Później co jakiś czas dochodziły do mnie pojedyncze numery Depeszy i moja reakcja była podobna. Czy to uczyłem się moonwalka, czy to przyjmowałem dłoń Lucyfera z Sabbath, czy zakładałem flanelowe koszule i martensy — ich muzyka cały czas była gdzieś w tle.
Jednak gdybym miał wskazać okres takiej totalnej fascynacji Gorem i spółką, to chyba byłyby to czasy, kiedy chodziłem jeszcze do gimnazjum, a Depesze na łamach prasy zapowiadali album „Exciter”. Wydaje mi się, że w tym momencie wniknąłem w ich muzykę na pełnej świadomości. Był to też czas, kiedy postanowiłem zacząć przygodę z ich całymi albumami, a nie tylko singlami, które gdzieś tam od małego do mnie trafiały.

Wszystko jednak zaczęło się od „Music For The Masses”, a nie od wspomnianego „Exciter”. Do dziś jest to mój ukochany album DM i jeden z tzw. albumów życia. Przypadkiem gdzieś obejrzałem klip do „Never Let Me Down Again” i już wiedziałem, że muszę mieć ten tytuł na swojej półce.
Kiedy wreszcie zdobyłem kopię tego krążka, słuchałem go z rozdziawioną gębą. Wiadomo, że wspomniany numer, „Strangelove” czy „Behind The Wheel” to absolutne perły, ale jeśli o mnie chodzi, to wizytówką tego albumu jest „The Things You Said”. Jak ten numer mną pozamiatał! W zasadzie cały czas to robi. Ten mrok, genialne stopniowanie napięcia i taki „martwy” głos Martina, który przeplata się z pojedynczymi liniami Gahana… Natomiast kiedy wchodzą „bębny”, to już absolutny kosmos. Nawet myśląc o tym, mam ciarki. W tym momencie nie czułem, jakbym poznawał zespół, a bardziej jakbym wchodził w jakiś inny wymiar. Jak głupio to nie zabrzmi, ale było w tym coś sakralnego.
Rzuciłem się w wir poszukiwań albumów DM i tak w moje ręce wpadły „Speak & Spell”, „Violator” i oczywiście „Exciter”. W tym samym czasie na łamach „Tylko Rocka” ukazała się wkładka o nich i dzięki temu dokładnie dowiedziałem się, co i kiedy Panowie wydawali. Była to trochę taka moja mapa i drogowskaz, czego tak naprawdę szukać.
Absolutnie zwariowałem na punkcie tej muzy. Strasznie do gustu przypadło mi „Speak & Spell”. Pomimo iż według recenzentów to jeszcze była dyskoteka, a nie spowite mrokiem dźwięki, to zupełnie mi to nie przeszkadzało. Właśnie ta wspomniana dyskoteka zafascynowała mnie swoim dziwnym klimatem. Z jednej strony było to mega taneczne, takie wręcz naiwne, ale z drugiej było w tym coś smutnego, coś niepokojącego. Dlatego też miałem w zwyczaju określanie tej płyty „dyskoteką dla samob***ów”.
Uważam również, że stało się bardzo dobrze, że Vince Clarke opuścił zespół po debiucie. Nie tylko dało nam to Yazoo czy kilka dobrych albumów Erasure, ale też nie ograniczało dalszej ewolucji DM. W tym momencie również skupiłem się na chronologicznym poznawaniu muzyki Depeszy, aby w pełni docenić ich kunszt, artystyczną wrażliwość i to, jak z płyty na płytę się zmieniali.

Słuchając tych płyt, łapałem się czasami za głowę, jak można było pisać takie głupoty, że wczesne nagrywki DM to jeszcze słaby pop. No jak! Chociażby takie „A Broken Frame” to coś cudownego. Już za samo „Leave In Silence”, które otwiera ten krążek, należą im się owacje na stojąco. Jeśli ten album nie ma w sobie klimatu, jeśli są to słabe kompozycje, to życzę każdemu zespołowi tak „słabych” numerów.
Nie zgadzam się również z tym, że Depesze tak naprawdę zaczęli być wybitni dopiero od „Black Celebration”. Oczywiście pełna zgoda z tym, że od tego albumu rozpoczęli przygodę z innym brzmieniem, z bardziej przestrzennym graniem i że ich popularność wystrzeliła ponad normę. Jednak „Construction Time Again” oraz „Some Great Reward”, czyli tytuły wydane wcześniej, są równie doskonałe.
Ten chłód bijący z „Construction”, ta hipnotyzująca surowość, absolutnie rozkochały mnie w tym albumie. Miałem wrażenie czasami, że gdyby syntezatory zamienić na gitary, to otrzymalibyśmy wręcz punkową muzę. Odpalcie sobie chociażby „More Than a Party” i wyobraźcie sobie, że jest to odegrane na gitarach z przesterem.
W podobnym klimacie utrzymany jest również „Some Great Reward”. Oczywiście cały ten wspomniany chłód tych albumów przeplatany jest hiciorami typu „People Are People” czy „Everything Counts”, co fajnie równoważy mrok zawarty na tych tytułach. Zresztą tutaj znów się powtórzę i zaznaczę, że jak dla mnie nie ma tutaj słabych numerów i zarówno jeden, jak i drugi tytuł to bezdyskusyjna klasyka.
Były to też albumy, na których pojawił się Alan Wilder. Dlaczego tak naprawdę moment, kiedy Wilder zasilił studyjnie szeregi zespołu, jest tak ważny w karierze Depeche Mode? Alan był jakby architektem brzmienia tego zespołu. Osobą, która pomysły Martina przekuwała w absolutny perfekcjonizm. Był w tym wszystkim potwornie wyrafinowany, skrupulatny i to właśnie dzięki niemu klasyki takie jak wspomniane „Black Celebration” wybrzmiały tak, a nie inaczej. Nadał temu wszystkiemu odpowiednią głębię i wprowadził oplatający to wszystko mrok swoim podejściem do produkcji.
Jednak nie należę do tego grona, które twierdzi, że wraz z odejściem Alana zespół poszedł na łatwiznę, ale o tym trochę później. Oczywiście oddałbym wiele, aby znów dołączył do zespołu. Tak czy inaczej, po „Czarnej Celebracji” Depesze byli już nie do zatrzymania. Każdy kolejny album był ideałem, który sprawiał, że grono ich wyznawców (bo inaczej tego nie można ująć) rosło i rosło.
Jest to genialny album, który pokazał zupełnie inne, bardziej dojrzałe i ciemniejsze oblicze tego zespołu. Później pojawiło się „Music For The Masses”, jeden z najlepszych albumów koncertowych lat 80., czyli „101”, oraz pomnikowy, legendarny „Violator”.
Oczywiście uwielbiam do szaleństwa ten drugi tytuł, ale chyba większy dreszcz przeszedł przez moje ciało, kiedy odkryłem muzykę zawartą na „Songs Of Faith And Devotion”. Raz, że wreszcie dotarłem do krążka, który otwiera prawdopodobnie pierwszy numer, jaki od nich usłyszałem, a dwa — ciężar i duszna atmosfera tego albumu rozbiły mnie na tysiące kawałków.
Znów mógłbym wymieniać każdy numer i pisać poematy na temat ich piękna, ale niestety nie piszę w tym wypadku książki, a „krótką” notkę. Dodam tylko, że koncertowy film „Devotional”, stworzony przez Corbijna (który dla mnie jest nieoficjalnym członkiem tego zespołu!) na trasie promującej ten album, to arcydzieło, które przeniosło moją miłość do Depeszy na jeszcze inny szczebel.

Po serii takich sukcesów i albumów, które na stałe zmieniły szeroko rozumianą muzykę alternatywną, zespół opuścił Alan. Był to szok dla fanów, z którym niektórzy nie mogą sobie poradzić do dziś. Może gdyby wydali jakiegoś absolutnego gniota po jego odejściu, też bym nie mógł się otrząsnąć, ale jeśli otrzymałem tak genialny tytuł jak „Ultra”, to proszę Państwa…
Album ten co prawda był jeszcze utrzymany w duchu jego pomysłów, ale też zabierał nas w zupełnie nowy rozdział muzyki DM. Nadal wszystko było otulone ciemnością, ale z większą ilością wpadającego światła. Dave, Martin oraz Andrew wyszli z tego zamieszania obronną ręką.
Wspomniana genialność „Ultry” w pewnym sensie zadziałała na niekorzyść „Exciter”. Fani spodziewali się kontynuacji właśnie takich klimatów, a zamiast tego otrzymaliśmy bardziej popowy, bardziej przebojowy album. Czy tak zły, jak twierdzili niektórzy „depeszowcy”? Niekoniecznie. Lubię te numery, ale faktycznie aż tak nie przebiły mnie na wylot. Mamy tu kilka perełek, takich jak ciężki „The Dead Of Night” czy wzruszający „Goodnight Lovers”, ale ogólnie ta muzyka odstaje od tego, co działo się przez ostatnie lata.
Pomimo wszystko patrzę na ten tytuł przez pryzmat sentymentu i ciągle mam w pamięci moment, kiedy w TV oglądałem koncert z Paryża promujący ten album.
Znacznie bardziej w moje gusta trafił „Playing The Angel”, który był bardziej powrotem do surowego brzmienia lat 80., oraz „Sounds Of The Universe”. Może będzie to niepopularna opinia, ale naprawdę „Sounds...” jest jednym z moich ulubionych albumów Depeszy w całym ich katalogu. Tutaj szczególny nacisk kładę na otwierający wszystko „In Chains”. To wejście Gahana z tekstem „The way you move…” za każdym razem rozrywa moje serce i duszę na strzępy.
Nie jest to oczywiście krążek pozbawiony wad, ale w ogólnym rozrachunku naprawdę lubię te numery.
Czegoś podobnego niestety nie mogę napisać o zawartości ich kolejnego krążka, czyli „Delta Machine”. No nie siedzi mi ten album. Z jednej strony głos Martina i Dave’a wywołuje u mnie coś, czego nie da się opisać, a z drugiej — te numery są po prostu drętwe. Brakuje w tym wszystkim duszy. Nie przeszkadza mi to, że jest to bardziej album bluesowy, a bardziej chodzi mi o to, że wszystko to jest płaskie i przewidywalne. Nadal słychać, że grają to Depesze, ale bez tego wszystkiego, za co pokochałem ich wiele lat temu.
Jedynymi numerami, do których wracam z przyjemnością, jeśli chodzi o „Deltę”, są „Goodbye” oraz „Long Time Lie” dodany w wersji deluxe — i tyle.
Znacznie bardziej przypadł mi do gustu (i tutaj znów pójdę pod prąd) „Spirit”. Wiem, że wielu fanów zarzucało temu albumowi zbyt balladowy, snujący się klimat, ale mi to akurat pasowało. Znacznie bardziej przemawia do mnie balladowy Dave niż bluesowy.
W oczekiwaniu na kolejny album, na kolejne trasy, z obozu DM w 2022 roku padła wiadomość, która absolutnie rozbiła historię tego zespołu. Zmarł Andrew Fletcher. Był to szok, który mocno uderzył zarówno w fanbase zespołu, jak i w świat muzyki. Jednak wiedziałem, że nie oznacza to końca Depeszy.
Fletch był muzykiem ikonicznym, ale tak naprawdę nie odpowiadał za kompozycje i tego typu sprawy. Co prawda myślałem, że zespół jednak nie będzie duetem i że będzie to moment, w którym Alan powróci do zespołu — tak się nie stało.
Panowie przekuli swój żal i smutek po śmierci Andy’ego w jeden z najlepszych albumów Depeche Mode od wielu lat. „Memento Mori” było symbolem refleksji na temat przemijania, ale też przepięknym pożegnaniem przyjaciela. Co prawda tytuł albumu, o ile dobrze pamiętam, powstał jeszcze za życia Fletcha, ale to właśnie jego odejście odcisnęło piętno na brzmieniu i wymowie tego krążka.
No i w pewnym sensie dotarliśmy do końca. Czy Depeche Mode mają jeszcze w zanadrzu nowy album? Czy będą grać koncerty? Czy trasa „Memento Mori” była pewnego rodzaju pożegnaniem z fanami, a koncertówka „Memento Mori: Mexico City” to ostatnie wydawnictwo, jakie od nich otrzymamy?
Wydaje mi się, że nie. Depesze są na chwilę obecną poturbowani i smutek wynikający z braku Fletcha na pewno jeszcze unosi się nad Gahanem i Martinem, ale uważam, że to jeszcze nie koniec. Wydaje mi się, że przed nami jest jeszcze jeden album i (niestety) ostatnia trasa pożegnalna. Depesze są zbyt dużą kapelą, aby zakończyć to wszystko tak niespodziewanie, bez większego pożegnania.
Szczerze? Naprawdę nie chcę sobie wyobrażać swojego muzycznego świata bez nich. Wiem jednak, że ten dzień kiedyś nadejdzie. Nieważne, jak to wszystko się potoczy, ich muzyka będzie ze mną na zawsze i tego nikt nie jest w stanie mi odebrać.








